Między kanałem, a ścieżką rowerową 😉
Nie narzekamy zazwyczaj na hotelowe pokoje, ale tym razem nie trafiliśmy najlepiej. Dostaliśmy pokój na samym strychu, a co za tym idzie — pomimo dosyć chłodnego wieczoru u nas temperatury były iście afrykańskie 😉 Kokos nie spał, my też niewiele, więc przynajmniej nie było problemu ze wstaniem i szybkim ogarnięciem się po śniadaniu.
Przejeżdżając przez Holandię, można odnieść wrażenie, że mieszkańcy żyją z uprawy ryżu, bo niemal wszystkie pola, które dziś mijaliśmy, były poprzecinane kanałami i rowami melioracyjnymi 🤪 Wody zdecydowanie im nie brakuje, a ponieważ spora część kraju leży bardzo nisko, miejscami nawet poniżej poziomu morza, od wieków muszą sobie z nią radzić za pomocą grobli, tam, śluz, pomp i całej sieci kanałów. Wszystko po to, żeby kontrolować poziom wody i nie pozwolić jej przejąć Holandii z powrotem 😉.
Dzisiejszy plan był prosty — podbój stolicy Holandii. Amsterdam przywitał nas dokładnie tak, jak można się było spodziewać — kanałami, barkami mieszkalnymi, wąskimi kamienicami, tramwajami i oczywiście rowerami. Mnóstwem rowerów 😃 I tu naprawdę trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo chwilami trudno zorientować się, co jest ulicą, co deptakiem, a co ścieżką rowerową. Samochody przeciskają się po dziwnych, brukowanych uliczkach wyglądających jak deptaki, a rowerzyści pojawiają się nagle z każdej możliwej strony. Kilka razy byliśmy naprawdę bliscy zostania rozjechanymi 😂
Przejechaliśmy przez okolice Museumplein, mijając Van Gogh Museum i imponujące Rijksmuseum, które z zewnątrz bardziej przypomina pałac niż muzeum.
Dalej zrobiło się bardziej historycznie. W dawnej dzielnicy żydowskiej zobaczyliśmy Synagogę Portugalską, pomnik De Dokwerker, upamiętniający strajk przeciw prześladowaniom Żydów, oraz pomnik Spinozy. Ta część miasta ma zupełnie inny klimat niż pocztówkowe centrum.
Potem znów wróciliśmy nad wodę — nad Amstel, z widokiem na mosty, statki i charakterystyczną zabudowę. Mijaliśmy H’ART Museum i słynny biały Magere Brug, czyli „Chudy Most”.
Na koniec zmieniliśmy miejski klimat na bardziej „holenderski z folderu reklamowego” i pojechaliśmy do Zaanse Schans. Zielone drewniane domki, kanały, łąki i wiatraki — w tym słynny De Kat. I tutaj już naprawdę nie dało się mieć wątpliwości, w jakim kraju jesteśmy 😃
Gdy skończyliśmy zaplanowane zwiedzanie, ruszyliśmy w kierunku niemieckiej granicy i naszego dzisiejszego miejsca sleepingu, położonego tuż za nią 😉 Po drodze wciągnęliśmy średnio smacznego chińczyka z pobliskiej knajpki, a teraz mamy już czas na zajęcia w podgrupach.Pierwsza podgrupa ogląda film, druga męczy się, spisując wszystkie dzisiejsze wydarzenia, póki jeszcze cokolwiek pamięta, a trzecia podgrupa po prostu poszła spać 😉 Jutro czeka nas głównie przejazd niemieckimi autostradami, więc powinno pójść szybko… przynajmniej w teorii 😉











































